Angelika: "Jezus zaczął dokonywać w moim sercu cudów"
Mam na imię Angelika, niedługo ukończę 19 lat, w tym roku zdałam maturę. Na rekolekcje “Bądźmy uczniami Chrystusa” wyjechałam tuż po czterech nieudanych egzaminach do szkol teatralnych. Nie rozumiałam wtedy do końca, dlaczego przegrałam tę walkę, dlaczego moja ciężka praca nie przyniosła żadnych owoców. Wiedziałam tylko, ze Bóg wie, co robi i jedyne co ja mogę uczynić, to zaufać Mu. Było to jednak trudne, szczególnie bez głębokiej relacji z Nim.
Pierwsze dni rekolekcji były dla mnie bardzo ciężkie. Nie mogłam śpiewać, nie mogłam się modlić, czułam, ze zaczynam oddalać się od Chrystusa zamiast przybliżać się do Niego. Każda Eucharystia kończyła się gorzkimi łzami. Chciałam wyjechać, ale nie miałam jak.
W końcu nadszedł moment decyzji. Już drugiego dnia na rekolekcjach każdy z nas odmawiał modlitwę, zawierzając swoje życie Chrystusowi. Zrozumiałam wtedy, ze to jest moment dla mnie na otwarcie się. Jezus daje mi furtkę, a dalej wszystko zależy od mojej wolnej woli. Nacisnąć klamkę czy nie? Wiedziałam, ze muszę się odblokować, bo inaczej zmarnuje łaski, jakimi Chrystus chce mnie obdarzyć. Otworzyłam mu moje serce.
Jezus zaczął działać.
W dzień tzw.: ”Pięćdziesiątnicy” przeżyłam prawdziwe zesłanie Ducha Świętego. Podczas modlitwy Bóg pokazał mi mój wielki grzech, jakiego do tej pory nie zauważałam. Pokazał mi to, co oddzielało mnie od niego, blokowało mnie. Blokowało mnie na jakikolwiek rozwój, na innych ludzi, na miłość, wreszcie- na Chrystusa.
Przez ostatni rok żyłam tylko dla siebie. Była we mnie wielka pretensja do świata, do ludzi, złość, z której nawet nie zdawałam sobie sprawy. Skąd pochodziły te wszystkie negatywne emocje? Na to pytanie Jezus odpowiedział mi poprzez drugiego człowieka- wszystko było wynikiem mojego, głęboko ukrywanego przed światem- egoizmu. Nikt tego nie potrafił zauważyć. Nawet moja siostra, czy chłopak.
Ludziom wydaje się to zupełnie naturalne, ze w tzw.: ”roku maturalnym” człowiek jest odcięty od świata i zajmuje się tylko sobą. Jedyne pytania, jakie słyszałam w minionym roku od znajomych to: ”Jak przygotowania do szkol teatralnych?”, „Jak matura?” Nikt nie zapytał się mnie, jak wygląda teraz moja relacja z Bogiem, czy nie zapominam czasem o tym, co najważniejsze. A ja naprawdę zapomniałam. Więcej. Jezus miał być moim środkiem do osiągnięcia celu. Modliłam się po to, żeby zaskarbić sobie jego przychylność wobec moich planów. A moim planem było dostanie się do wymarzonej szkoły. Moje marzenia od przeszło 3 lat.
Oczywiście, odpowiedzią na pytanie o sens uprawiania zawodu aktora, zawsze odpowiadałam, ze chcę to wszystko robić na „chwałę Pana”. Ale to była nieprawda. Miałam bielmo na oczach, a moje działanie było po prostu pozbawione Boga.
I właśnie podczas tych rekolekcji po raz pierwszy naprawdę zawierzyłam swoje życie Chrystusowi. I to nie podczas tej modlitwy, którą odmawiali wszyscy już drugiego dnia rekolekcji. Po prostu podczas jednej z medytacji uklęknęłam przed krzyżem i powiedziałam: ”Jezu, chce Ci oddać moje życie. Teraz tak naprawdę.”
I Jezus zaczął dokonywać w moim sercu cudów. Po pierwsze zdałam sobie sprawę, że moim największym marzeniem życia nie jest dostanie się do szkoły teatralnej. Banalne? Tak, ale gdy żyjesz w środowisku ludzi, którym się wydaje, ze właśnie to jest celem ich życia, takie podejście jest zupełnie powszechne. Patrząc na tych, którym się już udało myślisz, ze oni „są w Twoich marzeniach” i Ty też, koniecznie musisz tam być. Bo jeśli nie, to Twoje życie będzie zmarnowane, a Ty nie spełnisz się.
No właśnie, bo to JA chciałam się spełnić. Nie chciałam robić tego dla Jezusa. Chciałam tylko pracować nad samą sobą, być najlepsza w swoim fachu.
Podczas rekolekcji doszło do mnie, ze to, co chce robić, nie jest celem samym w sobie. Ma to być jedynie środek do zrealizowania mojego powołania. Powołania każdego chrześcijanina. Jakiego? Powołania do ewangelizacji!
Co zmieniło się we mnie jednak przede wszystkim podczas tych rekolekcji? Uwolniłam się. Jeżeli Jezus wybierze dla mnie inną drogę, będę otwarta. Choć jak na razie otwiera mi kolejne furtki i mówi do mnie poprzez ludzi w ten sposób, że wydaje mi się, iż to właśnie teatr ma być miejscem do głoszenia jego chwały. Jeżeli jednak teraz się mylę, to myślę, ze trwając w Chrystusie, słuchając go, pogodzę się z każdą drogą, jaką mi wybierze i będę szczęśliwa wiedząc, że mogę realizować jego plan wobec mnie. I wiem, że ten plan będzie moją jedyną drogą do zbawienia. Po prostu zaufać. I dać się prowadzić. Zaskakujące, jak Jezus mało od nas wymaga, prawda? ;)
Chwała Panu!
<< 118 119 120 >>
wszystkie
świadectwa